niedziela, 21 lipca 2019

Ta radość płynąca z pisania... bezcenna

Obudziłam się dzisiaj z mocnym postanowieniem, że nie będę już odkładała niczego na tzw. później. Mam tu na myśli dalekosiężne planowanie, co zrobię za jakiś odległy czas. Zrobię to właśnie dzisiaj, bo szczęście jest tak ulotne i kruche, że trzeba je chwytać z całych sił i czerpać pełnymi garściami z tego, co zwie się życiem. A życie to chwila, która trwa, więc warto ją zatrzymać, napawać się nią, a najlepiej zapisać, bo pamięć czasem jest zawodna, a to co zapisane pozostaje z nami już na zawsze. Właśnie, zawsze... A może nic nie jest na zawsze. Jedynie miłość, ona trwa i przejawia się w różnoraki sposób. Np. moja Kochana Mama obdarowała mnie dzisiaj pięknym podarunkiem, o którym od dawna marzyłam, zastawem do manicure w postaci pokrytych złotem cążek do usuwania skórek i szklanym patyczkiem do ich wcześniejszego odsuwania, co fachowo nazywa się kopytkiem. Tak mało mi potrzeba do szczęścia. Już je wypróbowałam i okazały się niezawodne, a za jakiś czas, kiedy paznokcie trochę urosną, pomaluję je lakierem w kolorze lazurowego morza - pięknie brzmi, prawda? Ostatnio przypomniałam sobie, jaka satysfakcja płynie z codziennego dbania o siebie, z okazywania sobie należytej troski. Bo choć z zawodu jestem kosmetyczką i wizażystką, to już prawie o tym zapomniałam. A stałam się nią z konieczności, a także z mojego zamiłowania do upiększania rzeczywistości. Teraz ubarwiam ją słowem, co kocham najbardziej i realizuję się pisząc. Od zawsze pisałam, najpierw dzienniki i pamiętniki, później opowiadania pełne nadziei, aż wreszcie spełniło się moje marzenie i zaczęłam pisać listy, bo... miałam do kogo. Teraz piszę bloga, z czego też czerpię radość i siłę. Bo troszkę choruję, a pisanie jakoby mnie uzdrawia, ożywia stęsknione serce do szybszego bicia, do życia. A z chorobą zmagam się już od dłuższego czasu, od kilku lat. Może przyszła pora, aby o tym wreszcie opowiedzieć, jakby wyrzucić to z siebie, co zawsze działa oczyszczająco. Choroby natury psychicznej przestały być już tematem tabu i ja chciałabym przerwać milczenie. Kiedyś byłam w pełni sprawna, co nawet zaowocowało krótkim, bo krótkim, ale jednak studiowaniem na moim wymarzonym kierunku ściśle związanym z moją pasją, jaką jest przyroda - ochroną środowiska. Jednak ten epizod, choć beztroski, trwał niezwykle krótko, za krótko. Na przeszkodzie stanęła chemia, a to trudny przeciwnik z którym wreszcie koniec końców przegrałam. Ale nie żałuję, to był cudowny rok. No i na horyzoncie pojawiła się możliwość dalszego kształcenia w szkole o profilu kosmetycznym, co było też zawsze zgodne z moimi zainteresowaniami i choć ukończyłam ją z wyróżnieniem to nigdzie nie mogłam odnaleźć pracy; pomimo licznych poszukiwań wreszcie się poddałam, a przecież wizaż i stylizacja (moja specjalność) były mi tak bliskie. Cały czas jednak ćwiczyłam, ćwiczyłam na moich najbliższych i szlifowałam swoje umiejętności, nie poddając się. Aż pewnego szarego dnia dopadła mnie depresja, a to ciężka choroba, z którą zmagałam się nie będąc sama, miałam bowiem przy sobie najbliższych: mamę, babcię, młodszą o 14 lat siostrę, no i niezawodną, dawną przyjaciółkę. Ona jednak odeszła, uprzedzając mnie o tym, a ja coraz bardziej zagłębiałam się w swoim smutku. Wreszcie za namową rodziny i miłej pani Grażyny, udałam się do specjalisty. Brałam przez pół roku antydepresanty, które pomagały mi oswoić rzeczywistość, a ta nie była różowa, bowiem kilka miesięcy wcześniej zmarł mój dziadek, z którym byłam bardzo związana. Tak to mniej więcej się przedstawiało, a później trafiłam do szpitala. Diagnoza była jednoznaczna - schizofrenia paranoidalna. Po trzymiesięcznym pobycie na oddziale, zaraz zmieniłam lekarza, i to była bardzo dobra decyzja, bowiem nikt nie rozumiał mnie tak dobrze, jak pani Wioletta. To pod jej opieką jestem nadal i po dziś dzień przyjmuję leki, które będę brała już zawsze, tylko w ten sposób mogę w miarę znośnie funkcjonować. Teraz, kiedy ktoś mnie pyta, czy jestem szczęśliwa, bez zastanowienia odpowiadam, że tak. Bo tak rzeczywiście jest, że odnalazłam wreszcie bezpieczną przystań, spokój i przyjaźń z samą sobą. I uśmiecham się do świata i chce mi się żyć, bo życie jest piękne! A ja to widzę, a żeby tak się zdarzyło musiałam wiele przejść, a jak ta droga była ciężka, to nie sposób opisać, to trzeba przeżyć. Ale znalazłam wreszcie zrozumienie w oczach przyjaciela, bo tak poznałam Pawła. Nasza znajomość trwała rok, i był to jakże burzliwy rok, nie pozbawiony rozstań i powrotów. W rezultacie oddaliliśmy się od siebie tak bardzo, że z naszej relacji nic już nie pozostało, zaległa między nami cisza. Teraz mam Ciebie i to Ty mnie uratowałeś swoim zainteresowaniem i troską, swoim dobrym słowem i pięknymi widokami przyrody - są znakomite i tak bliskie memu sercu, bowiem ja też kocham las, to w lesie odnajduję spokój, a wyprawy do niego - choć nie tak częste jak kiedyś - dostarczają zawsze niesamowitych wrażeń. Gdybym teraz miała możliwość fotografowania, uwieczniałabym wszystkie te chwile swoim telefonem. Jednak to za jakiś czas, póki co odkładam pieniążki na nowy nabytek, dzięki któremu to marzenie być może się spełni. Bo fotografować uwielbiałam zawsze. Teraz ratunek upatruję w siostrze, która ma znakomity aparat i raz na jakiś czas udaje mi się uprosić u niej jakieś zdjęcie, najchętniej profilowe; następne już jesienią! I to by było już na tyle, jeśli chodzi o moją przeszłość, teraźniejszość, a także najbliższą przyszłość. Cieszę się, jeśli dotrwałeś do końca, bo to oznacza, że chcesz nadal mnie bliżej poznać, a co za tym idzie, zawiązać mocniej nić przyjaźni. Bardzo mi na tym zależy, bowiem upatruję w tym pogłębienie uczucia szczęścia.