niedziela, 18 sierpnia 2024

Biegiem po zdrowie

 Maja intensywnie przygotowuje się do maratonu, który już pod koniec sierpnia. Z tego powodu biega, spaceruje, a ostatnio zaprosiła mnie do aktywnego wypoczynku i, dałam się porwać badmintonowi - dynamicznej grze rakietą, która poprawia kondycję i zdrowie. Za nami już dwa dwugodzinne treningi, podczas których udało nam się spalić wiele kalorii, a to dla mnie bardzo ważne. Zbliżam się bowiem do wagi 60-ciu kg., przy moim niskim wzroście 158 cm. to wręcz doskonale. Bo tak bardzo pragnęłam schudnąć. 

Bardzo jestem Mai wdzięczna. Kiedy dzisiaj - w sobotę - przybyłyśmy na boisko, nie było nikogo. Trudno się dziwić, zważywszy na temperaturę 31 stopni w cieniu. Ale było wręcz idealnie, bezwietrznie i, przybyło trochę chmurek, za którymi skrywało się słońce. 

Po treningu czułam każdy mięsień, dosłownie. I podczas, gdy zdobyłam się na wysiłek, to poczułam, że żyję. Mam nadzieję, że teraz czytasz Zenku moje słowa i jesteś ze mnie dumny. Twoje zdanie bardzo się dla mnie liczy. Jest na wagę złota, można by rzec. 

A teraz odpoczywam sobie w domku i sięgam po kolejną książkę, bo lubię oddawać je w terminie. ,,Festiwal lodowych serc" wciąga swoją wartką akcją i ciekawymi dialogami. Oczywiście Agaty Przybyłek, nie może być inaczej. Jej książki mają w sobie to coś, co przyciąga. I daje gwarancję dobrze spędzonego czasu. 

Czuję się dzisiaj jak nastolatka. Naprawdę odżyłam i już nie pochłaniają mnie tak marzenia, tylko skupiam się na tym, co tu i teraz. Kto wie, może jeszcze zacznę biegać razem z Mają? 

Sąsiedzi z naprzeciwka wrócili już z urlopu, wraz z dwójką małych dzieci. Także jest gwarno i wesoło. U nas w ogóle dużo się dzieje, kiedy jesteśmy razem w domu. Każdy ma coś ciekawego do powiedzenia. I wnosi ten radosny element ożywienia. Teraz jednak jestem sama. Przeczytałam Twoją wiadomość, zapatrzyłam na przysłane mi przez Ciebie zdjęcie i, żywiej zabiło mi serce, czy to już jesień? 


Kropi drobny deszczyk, a ja - z ulubionym kubkiem w dłoni, pełnym kawy - wspominam wczorajszy koncert. Częściowo obejrzany na żywo, a częściowo w domu. Pomimo, że nie lubię hałasu i tłumu, to była miła odskocznia od codzienności. I niezapomniane wrażenie, którego nie zatrze czas.

Udałyśmy się z Rynku Kościuszki do przyległego parku, tonącego w ciemności, a tam czekały nas nowe atrakcje. Kolorowe fontanny: czerwone, różowe, niebieskie, żółte, fioletowe i zielone. Wzbijały się aż pod niebo, otulając refleksami stare drzewa. 

Wracałyśmy do domu, odprowadzane przez ogromną tarczę księżyca, zawieszoną tuż nad ziemią. To był dobry dzień, a noc przyniosła tylko dobre sny, których już teraz nie pamiętam. Jednak obudziłam się wypoczęta, nieco później niż zazwyczaj. 

I nikt mi chyba nie powie, że czasem nie warto wyjść poza schemat, by jeszcze raz poczuć szczęście. Otóż warto zrobić coś odrobinę szalonego, nieco spontanicznego, aby znów się przekonać, jakie drzemią w nas pokłady wrażliwości: na piękno, na ludzi i dla samych siebie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz